Baczyński poeta

Poeci polegli w Powstaniu Warszawskim:
Krzysztof Kamil Baczyński (1921 – 1944)
Tadeusz Gajcy (1922-1944)
Krystyna Krahelska (1914-1944)
Leon Zdzisław Stroiński (Marek Chmura) (1921-1944)
Józef Szczepański „Ziutek” (1922-1944)

Już za życia Baczyński był uznany za poetę wybitnego, w tym przez Czesława Miłosza, Kazimierza Wykę, Jerzego Andrzejewskiego czy Tadeusza Gajcego. W roku 1944 próbowano odwieźć Baczyńskiego od zamiaru aktywnego uczestniczenia w walkach, jednak bezskutecznie. M. in. dowódca batalionu „Zośka” odsunął go od działań bojowych, sprowadzając do roli kronikarza – dlatego Baczyński przeniósł się do batalionu „Parasol” na krótko przed powstaniem.

krzysztof-kamil-bacz

Talent literacki poety ujawnił się wcześnie, na co niemały wpływ miała twórcza atmosfera panująca w domu rodzinnym (matka była autorką bajek i podręczników dla dzieci). W momencie wybuchu wojny Baczyński miał w swym dorobku szereg młodzieńczych wierszy, z których najwcześniejsze pochodzą z 1936 r. Wiersze te złożyły się na pierwszy „zbiór poezji” – zeszyt o zielonej okładce, opatrzony napisem: „Wiersze z tego zeszytu nie mają być nigdy drukowane”. Przyszli wydawcy nie zastosowali się oczywiście do tego zastrzeżenia. Te pierwsze utwory stanowią jedynie preludium twórczości poety, której rozkwit przypada na lata okupacji.

Baczyński pisał także dla przyszłych pokoleń. W tamtych, wojennych czasach patrzył z niepokojem dalej, ku latom wolności. Nie tylko mobilizował ludzi do walki, bliskie mu były nie tylko sprawy wojny, ale zastanawiał się z troską, co będzie z jego młodszymi kolegami z „Zośki” i „Parasola”, gdy nadejdzie czas złożenia broni. Martwił się, czy obcowanie ze śmiercią na co dzień nie zwichnie ich psychiki, ich życia emocjonalnego. 

Za Baczyńskim idzie pozytywna legenda. Zasłużył na nią szlachetnym życiem, zarówno osobistym, jak i publicznym. Baczyński skupiał w sobie najszlachetniejsze cechy, do których podświadomie tęskni się nawet współcześnie: prawdziwą miłość, bohaterstwo, udział w walce o wolność ojczyzny. Można by powiedzieć: „święty człowiek” .

W czasie wojny Baczyński sam przepisywał swoje tomiki, ozdabiał je rysunkami i rozdawał znajomym, nie było warunków, żeby drukować. Po wojnie nie wydawano prawie jego wierszy, aż do 1961 r. Za to od tamtej pory nakład jego utworów sięgnął pół miliona egzemplarzy! W ten sposób „pobił” Słowackiego, ale i Mickiewicza, którego przecież wydawano przez cały okres komunizmu.

Wiesław Budzyński, Miłość i śmierć Krzysztofa Kamila, Świat Książki, 1999

 

W okresie okupacji niemieckiej ogłosił 4 tomiki poezji: Zamknięty echem (lato 1940), Dwie miłości (jesień 1940), Wiersze wybrane (maj 1942), Arkusz poetycki Nr 1 (1944) i składkę Śpiew z pożogi (1944) oraz wiele utworów w prasie konspiracyjnej. Jego wiersze pojawiły się także w antologiach poezji wydawanych konspiracyjnie: w Pieśni niepodległej (1942) i Słowie prawdziwym (1942).

Zachowały się wszystkie jego dzieła: ponad 500 wierszy, kilkanaście poematów i około 20 opowiadań. Najbardziej znane wiersze Baczyńskiego to: Elegia o… [chłopcu polskim]MazowszeHistoriaSpojrzeniePokolenieBiała magiaGdy broń dymiącą z dłoni wyjmę...

Zachowało się również kilkaset rysunków i grafik Baczyńskiego, jak na przykład ilustracje do poszczególnych wierszy poety, projekty okładek własnych tomików, kolekcja rysunków z psem Baczyńskiego, studium kocich łebków czy rysunki o tematyce orientalnej.

Należał do pokolenia Kolumbów, do którego zalicza się również literatów: Jana Józefa Szczepańskiego (ur. 1919), Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (ur. 1919),  Annę Kamieńską (ur. 1920),  Lecha Bądkowskiego (ur. 1920),  Zdzisława Stroińskiego (ur. 1921), Romana Bratnego (ur. 1921), Witolda Zalewskiego (ur. 1921), Tadeusza Różewicza (ur. 1921), Tadeusza Borowskiego (ur. 1922), Tadeusza Gajcego (ur. 1922), Andrzeja Trzebińskiego (ur. 1922), Bohdana Czeszkę (ur. 1923), Józefa Hena (ur. 1923).

Fragment ostatniego listu poety do matki (27.08.1944)

Mamuśko najdroższa! Nie martw się niczym. Jakoś sobie damy radę, jak to zawsze nam się uda. Wiesz, że nam się nic nie stanie, zawsze wyleziemy obronną ręką. Zresztą za tydzień najdalej (tak myślę) uda nam się skomunikować. Mieszkanie będzie dla nas na pewno u rodziców Basi, a Ty przyjedziesz i wszystko będzie klawo. Pomyśl, że to wszystko głupstwa wobec tego, co się dzieje z narodem, państwem, światem, pomyśl, że są gorsze nieszczęścia, zupełnie potworne, a przecież między nami nic się nie zmienia, niezależnie o sytuacji. Myślę o Tobie, napisz do mnie parę słów, żeby mię uspokoić, całuję Cię mocno, Twój syn.

Archiwum Krzysztofa Kamila Baczyńskiego dostępne on-line

Uważa się, że dojrzałość poetycką osiągnął jesienią 1942. Uznany powszechnie za jednego z najwybitniejszych poetów czasów okupacji. Jerzy Andrzejewski, jego przyjaciel, zadedykował mu tom opowiadań „Noc”. Na wieść o wstąpieniu Baczyńskiego do oddziału dywersyjnego Stanisław Pigoń powiedział Kazimierzowi Wyce: Cóż, należymy do narodu, którego losem jest strzelać do wroga brylantami, a Jerzy Zagórski wspomnienie o nim zatytułował Śmierć Słowackiego (1947). Tadeusz Gajcy pisał o nim: Poeta o nucie dostojnej.

Pokolenie

Wiatr drzewa spienia. Ziemia dojrzała.
Kłosy brzuch ciężki w gorę unoszą
i tylko chmury – palcom czy włosom
podobne – suną drapieżnie w mrok.
Ziemia owoców pełna po brzegi
kipi sytością jak wielka misa.
Tylko ze świerków na polu zwisa
głowa obcięta strasząc jak krzyk.
Kwiaty to krople miodu – tryskają
ściśnięte ziemią, co tak nabrzmiała,
pod tym jak korzeń skręcone ciała,
żywcem wtłoczone pod ciemny strop.
Ogromne nieba suną z warkotem.
Ludzie w snach ciężkich jak w klatkach krzyczą.
Usta ściśnięte mamy, twarz wilczą,
czuwając w dzień, słuchając w noc.
Pod ziemią drżą strumyki – słychać –
Krew tak nabiera w żyłach milczenia,
ciągną korzenie krew, z liści pada
rosa czerwona. I przestrzeń wzdycha.
Nas nauczono. Nie ma litości.
Po nocach śni się brat, który zginął,
któremu oczy żywcem wykłuto,
Któremu kości kijem złamano,
i drąży ciężko bolesne dłuto,
nadyma oczy jak bąble – krew.
Nas nauczono. Nie ma sumienia.
W jamach żyjemy strachem zaryci,
w grozie drążymy mroczne miłości,
własne posągi – źli troglodyci.
Nas nauczono. Nie ma miłości.
Jakże nam jeszcze uciekać w mrok
przed żaglem nozdrzy węszących nas,
przed siecią wzdętą kijów i rąk,
kiedy nie wrócą matki ni dzieci
w pustego serca rozpruty strąk.
Nas nauczono. Trzeba zapomnieć,
żeby nie umrzeć rojąc to wszystko.
Wstajemy nocą. Ciemno jest, ślisko.
Szukamy serca – bierzemy w rękę,
nasłuchujemy: wygaśnie męka,
ale zostanie kamień – tak – głaz.
I tak staniemy na wozach, czołgach,
na samolotach, na rumowisku,
gdzie po nas wąż się ciszy przeczołga,
gdzie zimny potop omyje nas,
nie wiedząc: stoi czy płynie czas.
Jak obce miasta z głębin kopane,
popielejące ludzkie pokłady
na wznak leżące, stojące wzwyż,
nie wiedząc, czy my karty iliady
rzeźbione ogniem w błyszczącym złocie,
czy nam postawią, z litości chociaż,
nad grobem krzyż.

22.07.1943

Gdy broń dymiącą…

Gdy broń dymiącą z dłoni wyjmę
i grzbiet jak pręt rozgrzany stygnie,
niech mi nie kładą gwiazd na skronie
i pomnik niech nie staje przy mnie.
Bo przecież trzeba znów pokochać.
Palce mam – każdy czarną lufą,
co zabić umie. – Teraz nimi
grać trzeba, i to grać do słuchu.
Bo przecież trzeba znów miłować.
Oczy – granaty pełne śmierci,
a tu by trzeba w ludzi spojrzeć
i tak, by Boga dojrzeć w piersi.
Bo przecież trzeba czas przemienić,
a tutaj ciemna we mnie siła,
i trzeba blaskiem kazać ziemi,
by z sercem razem jak krew biła.
Wrócę, rzemieślnik skamieniały,
pod dach rozległy jasny pogód,
do rzeźb swych – tych, co już się stały,
i tych, co stać się jeszcze mogą.
I dawne będą wzrok obracać –
niezdarne słupy pełne burzy,
i te, których nie tknęła praca
jak oddech niewidzialnej róży.
I pośród nich jakże ja stanę
z garścią, co tylko strzelać umie,
z wiarą, co śmiercią przeorana,
z sercem, co nic już nie rozumie?
Ale jeżelim spalił młodość,
jak palą kraje w wielkim hymnie,
to nie zapomni czas narodu,
a Bóg jak płomień stanie przy mnie.
I wtedy, wtedy liść mi każdy
albo mi wróbel z nieba sfrunie
i jego głos – już głosem prawdy,
i poznam głos, poczuję: umiem.
I szmer ptaszęcy mi przypomni,
że znałem miłość, i obudzi
zdrętwiałe dłonie – jak łodygi,
i pocznę kwiaty, gwiazdy, ludzi,
i ziemię w morza szum przemienię,
i drzewa w zwierząt linie miękkie,
i wtedy spadnie mi na rękę
w pieśni odrosła – wierna ziemia.

9.03.1944

Spojrzenie

Nic nie powróci. Oto czasy
już zapomniane; tylko w lustrach
zsiada się ciemność w moje własne
odbicia — jakże zła i pusta.

O znam, na pamięć znam i nie chcę
powtórzyć, naprzód znać nie mogę
moich postaci. Tak umieram
z pół-objawionym w ustach Bogiem.

I teraz znów siedzimy kołem,
i planet dudni deszcz — o mury,
i ciężki wzrok jak sznur nad stołem,
i stoją ciszy chmury.

I jeden z nas — to jestem ja,
którym pokochał. Świat mi rozkwitł
jak wielki obłok, ogień w snach
i tak jak drzewo jestem — prosty.

A drugi z nas — to jestem ja,
którym nienawiść drżącą począł,
i nóż mi błyska, to nie łza,
z drętwych jak woda oczu.

A trzeci z nas — to jestem ja
odbity w wypłakanych łzach,
i ból mój jest jak wielka ciemność.

I czwarty ten, którego znam,
który nauczy znów pokory
te moje czasy nadaremne
i serce moje bardzo chore
na śmierć, która się lęgnie we mnie.

18 X 1943